Piatek, 3 sierpnia
camping 59,7 km, srednia 8,9 km/h czas jazdy 6:40
Dzis mieslismy cztery rzeczy naraz ktorych rowerzysci nienawidza :
- fatalna droge
- jechalismy pod silny wiatr
- jechalismy pod gore
- padal deszcz
Na szczescie kilka kilometrow dalej znow pojawil sie..asfalt ! Radosc byla tak wielka, ze az chcialo sie zejsc z roweru i ucalowac ziemie - ale stwierdzilismy, ze troche nam jeszcze brakuje do poziomu jednego z polskich ministrow ( chyba juz bylych ? nie jestem na biezaco ) i nie zrobilismy tego.
Pomimo zmiany nawierzchni nasza predkosc pozostala ta sama...ze wzgledu na trzy pozostale, wymienione wyzej czynniki...jak na zlosc okazalo sie, ze przed Ali czekal na nas jeszcze jeden pass do pokonania - nie mialem go w swoich notatkach z internetu...potem z mapy wyczytalem, ze mial ponad 4600mnpm...ostatnia czesc wspinaczki zostawilismy sobie jednak na dzien jutrzejszy
Sobota, 4 sierpnia
ALI 43,5 km, srednia 8,9 km/h czas jazdy 4:50
Pogodowy kolowrotek trwal od rana - kilkanascie minut deszczu, potem upal, potem lodowaty wiatr, jeszcze zimniejszy deszcz, upal...tracilismy godziny na ciagle postoje i przebieranie sie...
Asfalt niestety nie ciagnal sie do samego Ali - skonczyl sie zaraz za przelecza...i znow bylismy juz tak blisko i znow musielismy te ostatnie kilometry sie meczyc...czas i droga dluzyly sie niemilosiernie...w koncu, po prawie pieciu godzinach ( i kolejnej peknietej szprysze - ale stwierdzilem, ze nie bede jej na drodze wymienial, chcialem juz po prostu dojechac ) w oddali zauwazylismy miasto...
Bylo tylko troszke wieksze niz Rutok, ale bylo tu wszystko - market owocowo-warzywny, piwo i nawet bary z karaoke ! Az chcialo sie do jednego wejsc i zaspiewac "I will always love you" jako ode dziekczynna dla asfaltu...
Negocjacje hotelowe nie byly latwe. Glownie dlatego, ze dwa najbardziej wczesniej popularne hotele wsrod backpackers byly zamkniete. Z dwoch pozostalych akceptowalnych dla naszego budzetu jeden nie mail w ogole lazienek - obsluga wskazal mi na odlegle publiczne laznie, w drugim natomiast dlugo nie chcialno zejsc mi z ceny - tak jakby nie chcieli nas jako gosci. Gdy w koncu doszlismy do porozumienia i dostalismy wlasny pokoj z lustrem - wiedzialem dlaczego...bylem zywym dowodem na to, ze wilkolaki istnieja - nie golilem sie od trzech tygodni, zapach ktory sie ode mnie wydobywal tez do najprzyjemniejszych nie nalezal...teraz wiem, dlaczego na korytarzu obsluga omijala mnie zataczajac szeroki luk....
Sroda, 1 sierpnia
camping 54,13 km , srednia 8,8 km/h czas jazdy 6:04
Do Ali pozostalo nam niecale 200 km - niby blisko, ale...im blizej celu sie czlowiek znajduje, tym szybciej chcialby tam byc, ale Tybet nie chcial nam ulatwiac sprawy.
Droga od rana znow stala sie fatalna, pojawily sie z powrotem nasze "ulubione" kamienie i znow rozwijalismy zawrotna predkosc 6-7km/h.
Dotarlismy nad jezioro Nyak i poczulem sia tak, jakby ktos teleportowal mnie do Chorwacji. Jezioro bylo olbrzymie, jechalismy jego brzegiem przez ponad 20-kilka kilometrow, znajudujac sie w oddali skaly wygladaly jak wybrzeze srodziemnomorskie obserwowane ze Splitu. I tylko asfaltu brakowalo...Choc chcielismy zajechac jak najdalej nie moglismy nie rozbic sie nad brzegiem jeziora. Woda byla krystalicznie czysta, az zachecala do kapieli...gdyby tylko nie ten lodowaty wiatr i...tabuny komarow...na szczescie byly jakies dziwne, bo niezbyt zainteresowane nasza krwia. Moze wyslaly kilku zwiadowcow ktorzy stwierdzili, ze w naszych organizmach nie ma juz zadnych wartosci odzywczych...
Czwartek, 2 sierpnia
camping 34,34 km + pchanie , srednia 6,4 km/h czas jazdy 5:16
Wczorajszy zimny wiatr ustal i nad ranem mielismy idealna pogode. I znow nie bylismy w stanie pokonac duzego dystansu - bylo tak pieknie, ze nie chcialo sie opuszczac jeziora...
Piekan pogoda w tybecia ma to do siebie, ze nie trwa dlugo - tak bylo i tym razem. Upal doskwieral nam jeszcze w Rutok - pierwszym wiekszym ludzkim siedlisku ( moge to nawet nazwac malym miastem ) na naszej drodze, ale jak tylko opuscilismy te oaze cywilizacji rozszala sie potezny wiatr...
O samym Rutok niewiele moge napisac - miasto skladalo sie z jednej glownej ulicy wokol ktorej znajdowaly sie najwazniejsze instytucje, sklepy i...stoly bilardowe. Miejscowi uwielbiaja gre w bilarda, gra sie wszedzie - nawet w poprzedniej wiosce gdzie sie zatrzymalismy - Domar, na piaszczystej drodze staly stoly, w wiekszosci zawsze zajete, z malym tlumem gapiow obserujacym zmagania graczy. Inna rzecza ktora nabyc mozna prawie w kazdym miejscu sa...paletki i pileczki ping-pongowe...
Za Rutok zmagalismy sie z wiatrem, stromym podjazdem i...rozkopana droga. Szczesliwi ci rowerzysci, ktorzy ta trasa beda jechac za kilka tygodni - Chinczycy wlasnie klada tam asfalt...my, niestety trafilismy na roboty w toku, nie bylismy w stanie jechac, a gdy sprobowalismy, Magdzie rozwalil sie przedni bagaznik, mi pekla kolejna szprycha...
I gdy zaczalem klac na panujace warunki z naprzeciwka nadjechal chinski rowerzysta - na prostym, starym chinskim rowerze, bez sakw - bagaz wozil w brezentowych wielkich worach ktore przywiazywal zwyklym sznurkiem. Jechal z Lhasy, i choc jego sprzet wygladal jakby mial sie za chwile calkowicie rozpasc, promienial dobrym humorem. Nie mowil wiele po angielsku, ale wskazal, ze gdzies tam w oddali prace dobiegly konca i znow bedziemy mogli jechac po rownej nawierzchni...
Ruszylismy w nieco lepszych humorach, z nadzieja...po drodze zaczalem przypatrywac sie robotnikom budujacym droge. Nie byli to Chinczycy - ci tylko nadzorowali - cala prace fizyczna wykonywali rodowici tybetanczycy - nawet kobiety i dzieci. Choc Chinczycy nie stali nad nimi z batem w jakims sensie byla to praca przymusowa - innej pewnie nie bylo a z czegos ci ludzie musieli sie utrzymac...z drugiej strony nie wygladali na przepracowanych - zawsze usmiechnieci, pozdrawiali nas gdy przejezdzalismy obok...
Wtorek, 31 lipca
camping 49,49 km, srednia 9,3 km/h czas jazdy 5:17
Pakujac sie nad ranem zauwazylem, ze mamy w oponie autostopowicza - gniazdko w srodku umoscil sobie...chomik. Nie chcial skubany wyjsc...gdy go w koncu wytrzasnalem biegal bez obaw miedzy naszymi sakwami, ale nie zdolal sie do zadnej wdrapac...
Kilka minut po starcie natknelismy sie na malego szczeniaczka - chyba ktos go porzucil, bo co on by sam robil na takim pustkowiu...biegl jakis czas za nami szczekajac zalosnie, ale nie moglismy go wziac ze soba...
Pozniej do zdjec modelowal nam przepiekny yak, sarny, nad rzeka fotografowalismy bociany i nne ptaki ( min. kaczki - ale nie wiem czy moge o tym na polskim blogu bezpiecznie pisac ? )
Rzeka rozlala sie w zyzna, zielona doline wokol ktorej utworzyly sie ciekawe skalne formacje. Rozlewisko bylo otoczone plotem - i cale szczescie - dzieki temu w menu w Domar do ktorego dojechalismy nie bylo zadnego ptactwa...
Do miasteczka dotarlismy w sama pore - wczoraj wieczor wyczerpaly sie nam zapasy jedzenia...
Poniedzialek, 30 lipca
camping 67,18 km, srednia 11,4 km/h czas jazdy 5:52
Nad ranem rower sprawil mi niemila niespodzianke - ukazal mi peknieta szpryche...tym razem wymiana na nowa byla nie tylko czasochlona ale i bolesna - od ciaglego kontaktu z kurzem, pylem i piaskiem sucha skora na opuszkach palcow zaczela pekac, z ran przy kazdej powazniejszej czynnosci zaczela saczyc sie krew...
Gdy tylko ruszylismy, znalezlismy sie w srodku tybetanskiej burzy. Pisze w srodku, bo tak rzeczywiscie bylo - grzmoty slyszelismy wokol nas, a nie nad nami, deszcz zacinal poziomo, wokol bylo ciemno...nie widzielismy piorunow, ale wokol czulo sie panujace napiecie. Niestety, nie naladowala sie bliska wyczerpania moja bateria w aparacie...
Przy drodze zauwazylismy opuszczona pasterska chatke i czym predzej schowalismy sie w srodku. Ktos musial tu niedawno ucztowac - wszedzie walaly sie baranie kosci, na srodku izby widnialy slady ogniska...
Ponad dwie godziny czekalismy, az pogoda sie poprawi. Nienawidzimy tych przymusowych postojow - poza tym konczy sie nam zapas jedzenia i musimy jak najszybciej dostac sie do jakies wioski gdzie chociaz kilka paczek noodli mozna bedzie kupic...
Kolejny postoj spowodowany byl przypadkowym spotkaniem. W oddali zauwazylismy piechura z plecakiem. Podjechalismy, by porozmawiac. Chinczyk, ktorego imie bylo dla mnie za trudne by zapamietac szedl pieszo ta trasa co my - z Yecheng do Lhasy - ponad 2500km !
Dla zainteresowanych podaje jego strone www:
helan7.spaces.live.com
e-mail : helanfei@hotmail.com
To musi byc niesamowicie ciezka podroz - pieszo po takim odludziu, tak samemu bic sie z myslami...my z Magda dla dla odmiany mozemy sie czasem poklocic...
Wyprzedzilismy Chinczyka, ale dogonil nas pod wieczor i niedaleko od nas rozbil swoj namiot. Bylo cieplo, nie wialo, nie padalo...bylo tak spokojnie, ze az dziwnie...
poniedziałek, 15 marca 2010
Licznik odwiedzin: 50730
| « sierpień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | ||
| 06 | 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | ||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Blog ten to kontynuacja moich dwoch poprzednich : Wycieczka rowerowa prawie dookola swiata http://rooower.bloog.pl Z rowerami prawie dookola swiata http://rooower2.bloog.pl Na obu wyczerpalem lim...
więcej...Blog ten to kontynuacja moich dwoch poprzednich : Wycieczka rowerowa prawie dookola swiata http://rooower.bloog.pl Z rowerami prawie dookola swiata http://rooower2.bloog.pl Na obu wyczerpalem limit dostepnego mi miejsca, aby kontynuowac musialem wiec zalozyc kolejnego bloga, tym razem na brata...
schowaj...