30 marca
Yogyakarta
Rozplanowalismy trase i jesli chcemy zachowac rezerwe i bezpiecznie zdazyc na samolot nie mozemy zbyt dlugo pozostac na Jawie.
Jutro wiec prawdopodobnie znow wezmiemy transport ( najbardziej prawdopodobny wydaje sie pociag ). Ktos mnie ostatnio zapytal jakiego rodzaju to wlasciwie jest wycieczka rowerowa skoro ostatnio glownie poruszamy sie publicznym transportem.
Jest w tym sporo racji, ale jestesmy ograniczeni wiza, poza tym plan byl taki, by z Singapuru wziac prom do Surabaya, co okazalo sie niewykonalne, musielismy poplynac wiec do Dumaju i meczyc sie 4 dni autobusem.
Brakuje troche nam tej swobody jaka daje jazda rowerem - to ciagle kombinowanie z polaczeniami, targowanie sie o ceny, doplaty za rowery, potem jazda rozsypujacymi sie pojazdami...Mamy nadzieje, ze na dobre ruszymy juz za 3-4 dni.
Yogyakarta jest podobno "dusza" i centrum kulturalnym Indonezji. Artysci musza chyba jednak dzialac w podziemiu, bo oprocz tysiecy sklepow z batikiem miasto ma niewiele wiecej duchowej strawy do zaoferowania.
Jezus z dostawa do domu, Yogyakarta
Z opisow zachecal do odwiedzin Kraton - dawny palac sultana, ale juz przy bramie widok malo interesujacego, zaniedbanego budynku skutecznie nas zniechecil. Niedaleko znajdowal sie tez "Wodny Palac" - problem w tym, ze nie bylo tam wody, przez co rowniez stal sie malo interesujacy.
Trafilismy za to na Ptasi Targ. Wlasciwe pownien on nosic nazwe Zwierzecego Targu, bo w ofercie byly wszelkiego rodzaju stworzenia duze i male - poczawszy od insektow, skonczywszy na czworonogach.
Najwiecej bylo oczywiscie ptactwa - zwlaszcza wielkich kogutow, bioracych udzial w walkach. Myslelismy ze byc moze uda nam sie takowe zobaczyc, ale sa one nielegalne i ciezko uzyskac jakakolwiek informacje gdzie i kiedy sie odbywaja.
Dominowalo ptactwo domowe ( kury, gesi, kaczki ), pozniej kolorowe ( papugi i nne gadajace cuda ), byly sowy, dziecioly, i (tu niestety koncza sie moje ornitologiczne zdolnosci) wiele innych.
Wiele bylo nietoperzy. Jest na nie dosc duzy popyt - miejscowi wierza, ze wypita z nich swieza krew ma duze wlasciwosci lecznicze. Czesto konsumpcja krwi odbywa sie bezposrednio na targu - sprzedajacy obdziera czarnego ssaka ze skory i splywajaca do pojemnika krew serwuje nabywajacemu. W wielu klatkach widzielismy taka obdarta skore...ciekawe, co na to Batman ?
Jedno ze stoisk specjalizowalo sie w wezach - oprocz wielkich pytonow mozna bylo kupic mniejsze, kolorowe ale za to jadowite gady. Zapytalismy, kto je kupuje i w jakim celu. "Rozni ludzie, ale glownie jako domowe maskotki, a nie na konsumpcje". Fajnie miec w domu zwierzaka z ktorym mozna sie pobawic...
Z wiekszej zwierzyny w klatkach upchane byly wiewiorki, jaszczurki i jaszczury, mangusty, kroliki, koty i psy. Ciekaw bylem w jakich celach sprzedaje sie te ostatnie - nie widzielismy wczesniej w krajach muzulmanskich aby darzone byly szczegolna sympatia lub trzymane jako zwierzeta domowe. Podobno kiedys pies ugryzl Proroka i od tamtego momentu szanujacy sie muzulmanin raczej psa kopnie niz przytuli.
Caly ten zywy dobrobyt musi byc karmiony wiec na targu mozna tez nabyc wszelkiego rodzaju mrowki i inne insekty. Przy jednym ze stoisk sprzedawczyni i przypadkowi mieli niezly ubaw jak wykonywalem unikowe podskoki gdy rzucano w moim kierunku czym malym czarnym i wlochatym, jako zywo przypominajacym karalucha.
Ciekawe bylo to miejsce na robienie zdjec. Wystarczylo znalezc dobre miejsce, schowac sie i pstrykac. Nauczylem sie, ze nie nalezy stawac pod klatkami z ptactwem. To, co na mnie z gory spadlo nie bylo deszczem...
29 marca
Yogyakarta - Borobudur
Dopiero drugi dzien na dobre bylismy na Jawie a juz zaczynamy miec dosyc - tu jest gorzej niz w Indiach.
Jeszcze wiecej ludzi ktorzy maja do nas jakis "interes", doslownie nie mozna sie od nich opedzic. Jakikolwiek zakup przysparza bolu glowy, a gdy nie dajemy sie oszukac sprzedajacy czesto wpadaja w gniew !
Oczywiscie do Borobudur nie mozna dostac sie publicznym transportem - jezdzi tylko jeden autobus dziennie, i to nie bezposrednio, trzeba sie wiele razy przesiadac, wsumie za wszystkie bilety zaplaci sie sume, za jaka twoj rozmowca cie tam zawiezie.
O tym, ze to wszystko bzdury dowiedzielismy sie od jedynego chyba uczciwego w yogyakarcie czlowieka przy informacji turystycznej ( no tak, ale wczoraj polecial nam wizyte w "szkole" batiku... i, no wlasnie, teraz sobie uswiadomilem, on stal PRZY a nie W punkcie informacji turystycznej... )
Dojazd byl latwy,prosty i tani ( gdy znalismy cene i odmowilismy placenia wiecej - choc za kazdym razem przez kilka minut nam tlumaczono, ze nie mamy racji, raz chciano nas nawet wyrzucic z autokaru - a wlasnie lalo ! )
Borobudur, podobnie jak inne architektoniczne cuda swiata robi imponujace wrazenie, niestety szybko rozmyte przez hordy wycieczek, glownie miejscowych ( podobnie jak w Indiach stosuje sie to podwojny cennik - turysta placi 11 dolcow, Indonezyjczyk dolara )
Nachalni spzredawcy wszystkiego pozostaja za ogrodzeniem, ale po najwiekszej stupie swiata biegaja i wspinaja sie ( zwlaszcza w bardziej atrakcyjnych widokowo miejscach z tabliczka DON'T CLIMB ! ) tabuny ludzi. Ciekawe, w jakim stanie bedzie to nalezace do swiatowego dziedzictwa kulturalnego miejsce za kilka lat.
Ale nie powiniem sie martwic, jak cos odpadnie, to UNESCO za nasze pieniadze doklei.
Po zejsciu ze stupy turysta napotyka rozmieszczonych w strategicznych miejscach mezczyzn z gwizdkami, ktorzy naprowadzaja zagubionego zagraniczniaka na wlasciwa droge do wyjscia. Wiedzie one przez obskurny targ na zewnatrz kompleksu, gdzie zaraz dopadaja ludzi pamiatkowe hieny. Juz zza plotu wyraznie widac krotsza i przyjemniejsza droge do wyjscia biegnaca wewnatrz kompleksu...
28 marca
Yogyakarta
Yogyakarta to podobno centrum kulturalne Indonezji. Ciezko nam to bylo stwierdzic po kilku godzinach pobytu, pewnym natomiast bylo, ze jest to nie tylko indonezyjskie, ale swiatowe chyba centrum batiku.
Dla wyjasnienia czym jest batik posluze sie definicja z wikipedii :
Batik – technika malarska polegająca na kolejnym nakładaniu wosku i kąpieli tkaniny w barwniku, który farbuje jedynie miejsca nie zamaskowane warstwą wosku. Proces woskowania i farbowania można, dla uzyskania specjalnych efektow, powtarzać wielokrotnie.
Technika batiku polega na uzyskiwaniu wzorów na tkaninie, najczęściej bawełnianej, przez pokrywanie płótna gorącym woskiem. Używa się do tego pędzla, patyczka, szpatułki i tjantingu (wzornika). Następnie tkaninę zanurza się w zimnej kąpieli barwiącej. Miejsca pokryte woskiem pozostają nie zabarwione. Po wysuszeniu można nałożyć woskową kolejną fazę wzoru i ponownie barwić w ciemniejszym barwniku. Czynność tą powtarza się wielokrotnie. Po wykonaniu projektowanego wzoru tkaninę prasuje się przez biały papier. Batik to technika wykonywana przez pokolenia najbardziej popularna technika w Azji i Indiach, tam najczęściej używa się zwierzęcych skór do formowania pozycji batiku.
Gdziekolwiek wiec by sie nie poszlo, zawsze trafi sie do galerii, sklepu lub akademii batiku ( dzieje sie tak nawet jesli idzie sie w przeciwnym do nich kierunku - dzialaja tu jakies dziwne prawa fizyki )
Oczywiscie nie zamierzalismy nic kupic, wiec przystalismy na propozycje zwiedzenia ( za darmo ! ) szkoly, gdzie mlodzi adpeci ucza sie tej nielatwej sztuki.
Starszy mistrz,ktory nas powital, udzielil krotkiego wprowadzenia, pozwolil zrobic zdjecia trzem kobietom malujacym na plotnie, po czym wreczyl cennik i zostawil nas samych, bysmy sami "pozwiedzali".
Niczym w ksiazce o Harrym Potterze kazdy batik przy ktorym zatrzymalem sie na dluzej niz dwie sekundy wedrowal na specjalne podwyzszenie przy wyjsciu, by byl lepiej widoczny.
Gdy juz chcielismy opuscic ta galerie, znow niespodziewanie pojawil sie kolo nas mistrz. Dodal co nieco o technice malowania, po czym powiedzial, ze mamy niewiarygodna okazje kupic cos bezposrednio od artystow - bo w sklepach jest duzo drozej.
Do tego szkola otwarta jest do zwiedzania dla turystow tylko dwa razy w tygodniu ( mielismy szczescie ! ) i przez kolejne dni bedzie zamknieta.
Co mielismy zrobic, zwlaszcza, ze obrazy ktore nam sie podobaly zagradzaly nam droge wyjsciowa. Do teraz nie wiem jak to sie stalo, ale wychodzac z tej szkoly mialem pusty portfel. A przeciez dostalem wielka znizke...
27 marca
Autobus do Yogyakarta - dzien 4
Dzis w ramach rozrywki uraczono nas ( a takze jadace autobusem dzieci ) indonezyjskim porno. Znaczy sie byla to relacja z jakiegos koncertu, ale piosenkarki (?) najwyrazniej choreografie swoich ruchow wzorowaly na slynnej serii z Teresa Orlowsky.
Czasem nawet wydawalo sie ze mikrofony nie sluza im do spiewania. Jedyna roznica miedzy nimi a Tereska byla taka, ze byly ubrane ( czytaj : mialy majtki, a nawet staniki ). Meska czesc autokarowej widowni nie mogla oderwac wzroku od ekranu.
Przypomne, ze Indonezja to kraj muzulmanski.
Na jednym z postojow do przejscia wgramolil sie wielki mezczyzna z jeszcze wiekszym worem. Poczatkowo myslalem ze moze okazyjnie kupil 50 kg cebuli lub ziemniakow, ale z czasem wyszlo na jaw, ze mial tam jakies tropikalne owoce, ktore jak tylko ruszylismy zaczal sprzedawac.
Zaczalem zastanawiac sie, jak ten system funkcjonuje - czy ci autokarowi sprzedawcy odpalaja jakas kwote kierowcy, czy tez pod pretekstem sprzedazy zalapuja sie na darmowy transport...
Musze jednak przyznac ze ten ostatni gosc z workiem byl niezly - choc z poczatku kazdy go ignorowal, po kilkunastu minutach w worze nie mial nic, portfel za to mu utyl. Szkoad tylko, ze skorki nie powedrowaly z powrotem do wora, ale na podloge...
Potem mielismy jeszcze grajkow ( poziom rozrywki sie podnosl - chlopaki niezle dali czadu na miniaturowych, trzystrunowych gitarkach ) i wydawalo sie, ze dotarlismy na miejsce - poniewaz na dworcu autobusowym na ktory wjechalismy kazano nam wysiadac.
- Przesiadka - zakomunikowano.
- Ale przeciez to mial byc bezposredni autobus do yogyakarty, nikt nam w dumaju nic o zadnej przesiadce nie mowil !
- To jest bezposredni autobus. Tylko ze z przesiadka - wyjasniono mi bardzo powoli, bym zrozumial.
Nie skonczylem jeszcze protestowac a nasze rowery juz zdjeto z dachu. Przynajmniej uzgodnilismy, ze autobus nie odjedzie, dopoki my nie bedziemy w nowym ( bezposrednim ! ) i jak zobaczymy, ze za nas zaplacono.
Po godzinie ( ciekawe, co sobie mysleli pasazerowie starego autokaru, grzejacy sie na dworcu ) wrzucono nas do rozklekotanego, lokalnego autobusu bez klimy. Przy nas stary kierowca zaplacil nowemu i ruszylismy.
Nie ujechalismy daleko, jak podszedl do nas konduktor :
- Musicie zaplacic za rowery - poinformowal. Nawet nie zdawal sobie sprawy jakie mial szczescie, ze bylem zmeczony, bo jedyne co zrobilem to podalem numer rejestracyjny starego autokaru z instrukcja, ze to moi sponsorzy i pokrywaja wszystkie moje koszta.
Na szczescie wystarczylo, w koncu chlopak tylko probowal sobie dorobic.
Jak na lokalny autobus przystalo, zatrzymywalismy sie na kazde kiwniecie stojacych przy drodze ludzi, stawalismy na przystanku w kazdej nawet najmniejszej miescinie, czasem nawet na pol godziny...
Na szczescie slonce jeszcze swiecilo jak dojechalismy do Yogyakarty...nareszcie...
Slonce przestalo swiecic jak tylko opuscilismy dworzec. Nie dlatego, ze bylo pozno - po prostu nadeszly tak geste chmury i spadl tak gwaltowny i ulewny deszcz, ze rowie dobrze moglibysmy ruszyc na poszukiwania noclegu rowerami wodnymi.
Znalezlismy tani pokoik i czym predzej poszlismy do pierwszej knajpki, by cos zjesc. Przy stoliky siedziala sympatyczna czworka naszych rodakow, dosiedlismy sie.
Nie minelo jednak wiele czasu, a nasi nowi znajomi zaczeli sie zbierac. Podejrzewam, ze to dlatego, ze przed wyjsciem na kolacje nie zdazylismy sie po czterodniowej jezdzie umyc...
26 marca
Autobus do Yogyakarta - dzien 3
Po przebudzeniu sie ( choc sam zaczynam watpic juz co jest snem a co jawa ) okazalo sie ze to nie Jawa, a Sumatra jeszcze.Poddani niestannym muzycznym torturom mamy juz kompletnie wyprane mozgi, wybaczcie mi wiec prosze jesli kiedys w Polsce zlapiecie mnie na sluchaniu disco-polo.
Choc na kazdym z postojow tlum mezczyzn rzuca sie do lazienek by oplukac sie woda z mandi, weanatrz pojazdu zaczal unosic sie specyficzny zapach, kojarzony na ogol z niepranymi przez dlugi czas skarpetkami.
Miejscowi, przystosowani do zycia w goracym klimacie a nie klimatyzowanym pojezdzie zaczynaja coraz wiecej i glosniej kaszlec. Jeden, siedzacy obok mnie, choc w czapce na glowie zaczal dostawac dreszczy. Grypa ? Malaria ? SARS ?
Od dzis glodujemy na dobre - wczoraj zjedlismy ostatnia puszke sardynek. Wieczorem, zdesperowani wzielismy zimny ryz i starego kurczaka. Na szczescie nie rozchorowalismy sie. Mieso bylo chyba tak stare, ze nawet i bakteria na nim ze starosci pomarly.
Kazda minuta zaczyna byc odczuwalna jak godzina. Zwlaszcza gdy autobus zatrzymal sie na jakies 20 minut we wiosce by kolega kierowcy mogl wejsc do srodka z...gitara. Przez nastepne kilka minut gral i krzyczal ( choc on pewnie twierdzilby, ze byl to spiew ) a przez kolejne kilknascie przeciskal sie przez kompletnie zablokowane przejscie by za swoj wystep pozbierac pieniadze.
Tego artystycznego popisu nie wytrzymala klimatyzacja, w ciagu kilku chwil teperatura wzrosla o kilkanascie stopni. Nie bylo innego wyjscia - trzeba bylo stanac. Byla najgoretsza pora dnia - dziwne, ze nikt wewnatrz nie zemdlal, wzmogl sie tylko placz dwojki malych dzieci. Stloczeni pod budkami z ktorych sprzedawano duriany ( byly to jedyne obiekty dawajace zbawienny cien ) czekalismy na cud - do naprawy potrzebna byla czesc ktorej kierowcy nie mieli. Allah byl laskawy - po kilku probach jeden z zatrzymanych autobusow mial na pokladzie to czego bylo trzeba. Pojechalismy dalej.
Poznym popoludniem w koncu dotarlismy do przeprawy promowej na Jawe. Przed nia do autokaru wszedl groznie wygladajacy policjant. Od razu skierowal sie w nasza strone.
- Paszporty ! - zazadal.
- Dlaczego ? Przekraczamy granice ? - nigdy nie lubilem ludzi, ktorzy naduzywaja wladzy.
- Nie ! Bo jestem policjantem !
Bylem zmeczony, podalem mu czego chcial. Po kilkuminutowym przegladaniu ( w tym sporo do gory nogami ) jak najbardziej powaznie zapytal :
- Jestes zagranicznym szpiegiem ?
- Tak, moim celem jest rozpoznanie indonezyjskiego autobusowego systemu komunikacyjnego - to chcialem odpowiedziec, ale mysle, ze nie zrozumial by ironii, wiec tylko zaprzeczylem i dostalismy paszporty z powrotem.
Siedzaca przed nami mloda dziweczyna - jedyna osoba w autobusie mowiaca choc troche po angielsku wyjasnila, ze policja szuka ludzi nielegalnie wycinajacych drzewa. W sumie racja, jak taki drwal kilka razy drzewo autobusem przewiezie to niezle zarobi...
Przestalem sie smiac, jak okazalo sie, ze w schowku na bagaze policja znalazla...pile mechaniczna. Nikt sie nie przyznal do jej posiadania ( choc w koncu nielegalne jest przewozenie wycietych bez pozwolenia drzew a nie pily ) wiec stanelismy na dobre. Sledztwo policji polegalo na tym, ze albo wlasciciel sie ujawni, albo autobus dalej nie pojedzie. W pojezdzie zaczela sie ozywiona dyskusja. Nie wiem, co postanowiono, byc moze zrobiono zrzutke na lapowke, bo po pol godzinie wjechalismy w koncu na prom.
Dwie i pol godziny na promie nieco nas odswiezylo. Zaczelismy zastanawiac sie dlaczego dobrowolnie zapisalismy sie na takie tortury. Gdyby tylko oficerowie KGB wiedzieli, co kilkudniowa, autobusowa podroz przez Indonezje robi z czlowieka, nie wysylaliby ludzi na Syberie ale na Sumatre. Gdyby po tych trzech dniach ktos podsunal mi jakas petycje do podpisania w zamian za mozliwosc opuszczenia tego autokaru, zrobilbym to bez wahania. Nawet jesli musialbym zapisac sie do PiS-u....
Juz na Jawie znow zaczelismy stawac na niekonczacych sie postojach. Na jednym z nich otwarto tylne drzwi i do przejscia miedzy siedzeniami wcisnieto...motor ! Zaraz za nim wrzucono dywan, wielki telewizor i jeszcze wiekszy obraz Mekki w drewnianej ramie. O dziwo nikt z siedzacych z tylu ludzi nie zaprotestowal ! Zaakceptowali zaistniala sytuacja i dostosowali sie do niej najlepiej jak potrafili - dla dwoch z nich oznaczalo to kontunuacje podrozy w siodelku...
Jakarte minelismy po zmroku. Z okien autokaru widzielismy wielka, nowoczesna metropolie, pelna centrow handlowych i wysokich biurowcow. Spodziewalem sie zobaczyc cos na miare indyjskiego chaosu, ale brudow dnia codziennego nie widac w swietle kolorowych neonow.
niedziela, 21 marca 2010
Licznik odwiedzin: 50852
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | |||||
| 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 |
| 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 |
| 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 |
| 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 |
| 31 | ||||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Blog ten to kontynuacja moich dwoch poprzednich : Wycieczka rowerowa prawie dookola swiata http://rooower.bloog.pl Z rowerami prawie dookola swiata http://rooower2.bloog.pl Na obu wyczerpalem lim...
więcej...Blog ten to kontynuacja moich dwoch poprzednich : Wycieczka rowerowa prawie dookola swiata http://rooower.bloog.pl Z rowerami prawie dookola swiata http://rooower2.bloog.pl Na obu wyczerpalem limit dostepnego mi miejsca, aby kontynuowac musialem wiec zalozyc kolejnego bloga, tym razem na brata...
schowaj...