Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Pozegnanie z Ameryka Poludniowa

sobota, 21 lutego 2009 14:13

Poniedzialek, 16 luty  -  Niedziela, 22 luty
Santiago


Gonzales, szef hostelu, postaral sie. Wstal przed osma ( dokladnie za piec osma ) i osobiscie zaczal przygotowywac nam sniadanie.
Wycisnal nawet swiezy sok z owocow. Tych, ktore znalazl w lodowce i ktore pewnie nalezaly do innych gosci, ale to juz nie nasz problem...
Nasze ostatnie przewozenie rowerow w Chile bylo zaskakujaco proste. Moze dlatego, ze byl poniedzialek i autobus byl prawie pusty. Ci, ktorzy na weekendowa balange przyjechali z Santiago musieli wrocic w niedziele wieczorem, w koncu wraz z poczatkiem nowego tygodnia znow trzeba isc do pracy...

Czas w Santiago dluzyl sie niemilosiernie, tym bardziej, ze najciekawsze miejsca tego miasta widzielismy juz wczesniej. Znalezlismy kartony, rozlozylismy juz rowery na czesci pierwsze, wyslalismy do domu czesc niepotrzebnych rzeczy.
Na szczescie znalezlismy przytulny, dopiero co otwarty hostel. Podroznych tu niewielu, cisza, spokoj, darmowy internet i telewizja satelitarna...
Jedyne co nas tylko niepokoi to to, czy nie bedziemy musieli doplacac za rowery w samolocie. Ogolny wymiar bagazu nie moze przekraczac 157 cm - ale konia z rzedem temu, kto w pudlo o takich wymiarach zapakuje chocby maly, gorski rower !

Wpisy z Europy beda rzadsze, bedziemy pedzic do domu, poza tym internet drogi... tak wiec, na wszelki wypadek, do uslyszenia - w kraju...

komentarze (2) | dodaj komentarz

Valparaiso - graffiti i party

poniedziałek, 16 lutego 2009 20:08

Piatek, 13 lutego
Sobota, 14 lutego
Niedziela, 15 lutego

Valparaiso


W koncu znalezlismy miasto w chile, ktore mialo atmosfere. Caly dzien gubilismy sie dzis w waskich, stromych uliczkach miasta, kolorowych od obecnego wszedzie graffiti. Wjezdzalismy na punkty widokowe historycznymi kolejkami ( ascensiors ), pilismy kawe w przytulnych kafejkach ( co skonczylo sie malym szokiem, gdy, nie pytajac o cene, poprosilem o mleko do kawy. Kosztowalo tyle co kawa, a ta nie byla tania... ).












Valparaiso, jak na porzadne portowe miasto przystalo, cechowalo sie jeszcze jedna rzecza - glosnym, trzydniowym, weekendowym party. Nasz hostel zapelnil sie piatek wieczorem grupa dziewczyn z Santiago. Wszelkiego rodzaju alkohol zaczeto rozlewac niedlugo potem. Potem dlugo jeszcze na hostelowych korytarzach od sciany do sciany odbijaly sie, potykajac w swych butach na obcasach, chilijskie dziewczeta.
Sniadanie mielismy wliczone w cene, ale po dziewiatej rano nastepnego dnia kuchnia wygladala jak po przejsciu tornada, a obsluga, lacznie z wlascicielem, glosno chrapala, polozywszy sie spac dopiero o swicie.
Szef w koncu doszedl na tyle do siebie, ze poszedl do sklepu i kupil nam bulki i pasztet. Nie bylo to to samo co wczorajsza, smaczna jajecznica, sok, ser i dzem, ale wystarczylo, by zaspokoic poranny glod.
Po poludniu do naszego pokoju dokoptowano dwojke mlodych, okolo dwudziestoletnich Izraelczykow. Razem z wytatuowanym, prawie czterdziestoletnim Niemcem byli jedynymi "wolnymi" mezczyznami w hostelu. Na kazdego przypadalo po kilka dziewczyn, walka byla wiec ostra...
Party kontynuowano gdy pobudzila sie wiekszosc skacowanych hostelowiczow. Na dzis Gonzales - mlody szef lokalu wymyslil grilla w nieukonczonym, znajdujacym sie pod hostelem pubie. Nie zmienilo to jednak faktu, ze rozmieszczone na scianach kolumny grzmialy pelna moca pomimo ze na dole i tak ich nie slyszano.
Dla mlodych Izraelczykow musialo to byc spelnienie skrywanych fantazji - co jeden, zmeczony, wrocil do naszego pokoju, zaraz porywany byl przez starsza od niego o okolo dziesiec lat Chilijke, ktore spragnione byly czegos wiecej niz tylko tanca. Z sasiadujacego z naszym pokoju Niemca tez dochodzily dzwieki rozkoszy...
Nastepnego poranka na kuchennym stole czekaly na nas cztery stare bulki i mala miseczka z dzemem. Nawet jej nie umyto, tylko na warstwe starego dzemu wylano nowy. Poza tym czuc bylo, ze podczas party miseczka sluzyla za popielniczke....ciekawe, co dostaniemy jutro, pewnie chleb i wode....

komentarze (0) | dodaj komentarz

Nad oceanem

poniedziałek, 16 lutego 2009 19:39


Sroda, 11 lutego
camping  -  camping ( kilka km za Panquehue )  84 km


Dzis nadszedl czas by zebrac owoce naszej ostatniej wspinaczki - i cieszyc sie dlugim zjazdem w dol. Sceneria byla mniej ciekawa niz po argentynskiej stronie, wiecej bylo za to pepsi-shopow....
Popoludniu trafilismy na pierwszy w pelni zorganizowany kemping w Chile. Byl ogromny. Nie bylo jednak samowolki przy wyborze miejsca. Wydzielono obszerne parcele, kazda ze stolikiem, grillem, elektrycznoscia.
Przez centrum kempingu przeplywala mala rzeczka, wlasciwie strumyczek. Na odcinku kilkudziesieciu metrow poszerzono i poglebiono jego koryto, a dzieki malej tamie powstalo kapielisko. Szkoda tylko, ze ta splywajaca z gor woda byla lodowata...
Chilijczycy przjezdzali na kemping z calymi rodzinami a takze z...calym domowym sprzetem, jaki posiadali w domu. Elektryczny czajnik i radio bylem w stanie zrozumiec, ale po co suszarka, telewizor i, jak w przypadku naszych sasiadow, wielka lodowka ?
Z wlascicielami przybyly takze ich maskotki - domowe zwierzatka, glownie psy. Jak to w ich zwyczaju znaczyly swoj teren osikujac namioty sasiadow...



Czwartek, 12 lutego
camping  -  Valparaiso   107 km


Znow bylismy zmuszeni zlamac przepisy drogowe. Znak "zakaz jazdy rowerow" pojawil sie bowiem nie przy wjezdzie na droge na ktora wjechalismy, ale przed tunelem, ktory sie na niej znajdowal. Nie bylo alternatywy...
Droge do Valparaiso chcielismy rozbic na dwa dni, ale po drodze nie bylo gdzie sie zatrzymac. Byl co prawda jeden kemping, ale kiepski. Pozniej dojechalismy do oceanu, a wybrzeze od Concon, przez Villa del Mar az do Valparaiso usiane jest drogimi apartamentami i hotelami dla wyzszej chilijskiej sfery.
Plaze nabite byly do granic, ciezko pomiedzy wypoczywajacych byloby wsadzic przeslowiowa szpilke.



Nie pozostalo nam nic innego jak porobic kilka fotek wielkim pelikanom



i dojechac do Valapraiso. Tam popelnilismy blad dajac sie namowic "hostelowej mafii" na dworcu autobusowym na pozostanie w jednym z oferowanych przez nich miejsc.
Sam hostel nie byl zly, klopot zaczal sie jak, po ustaleniu ceny z gospodynie ( nizszej niz ta ktora podano nam na dworcu ) wnieslismy caly nasz dobytek na pierwsze pietro. Cena nagle wzrosla...trzeba przeciez bylo zaplacic prowizje naganiaczom z dworca....zniesmaczeni, opuscilismy to miejsce.
Sprawdzilismy ine w poblizu dworca, ale speluny w filmach o cpunach wygladaly lepiej. Popedalowalismy wiec do turystycznej czesci miasta - drozszej, ale porzadniejszej.
Hostel, ktory znalezlismy goscil oprocz nas tylko dwojke innych rowerzystow. Byo cicho i spokojnie. Nie wiedzielismy, co nadejdzie z weekendem....

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ostatnia granica

poniedziałek, 16 lutego 2009 19:10

Wtorek, 10 lutego
Punte del Inca  -  camping ( Chile )   37 km

Pogoda zmienila sie drastycznie. Na lepsze. Piekne, blekitne niebo nie bylo skazone zadna chmura.
Idealnie na zdjecia i trekking....taki juz nasz pech...
Do tunelu mielismy okolo 20 km dosc ostrej czasami wspinaczki w towarzystwie ciezarowek. Nieco nas to zmeczylo, wiec postanowilismy odpuscic sobie dodatkowa wspinaczke do pomnika Chrystusa Odkupiciela.
Monument ten stoi na 3715 mnpm i, zanim wybudowano tunel, stanowil granice miedzy Argentyna i Chile. Obecnie wjechac na gore mozna chyba tylko od argentynskiej strony, przed tunelem - po jego drugiej stronie szutrowa droga wydawala konczyc sie posrodku zbocza zasypana osunieta kiedys ziemia.
Trudno, popelnione przez nas podczas podrozy grzechy nie beda nam odpuszczone....
Przez tunel na szczescie nie usielismy jechac - dla bezpieczenstwa rowerzystow przewozi sie ich za darmo pick-upem.
Ostatnia granica jaka przekraczalismy w Ameryce Poludniowej byla dosc chaotyczna, kolejki byly spore. Jak zwykle kazdego wjezdzajacego do Chile podejrzewano o przemycanie zarobaczonych jablek i uwaznie sprawdzano wszystie bagaze. Niepotrzebnie - wszyscy wiedza o kontroli i pobocze drogi do granicy pelne jest wszelkiego rodzaju organicznego dobrobytu wyrzucanego przez podroznych.
Gdybysmy jechali w przeciwna strone moglibysmy zaopatrzyc sie w warzywa i owoce na tydzien.
Po chilijskiej stronie gwaltownie tracilismy wysokosci zjezdzajac seria spektakularnych serpentyn.



Pokonawszy je stanelismy na prowizorycznym kempingu nad mala rzeczka. Wlasciciel dlugo wspominal Kukuczke, w ogole bardzo lubil pomagac polskim alpinistom. Rowerzystom tez....

komentarze (0) | dodaj komentarz

Aconcagua w chmurach

sobota, 14 lutego 2009 18:29

Sobota, 7 lutego
Uspallata - odpoczynek, ostatnie asado ( grillowanie - bedziemy tesknic za stekami... )



Niedziela, 8 lutego
Uspallata - Punte del Inca  75km


Z Uspallaty przepiekna dolina zaczelismy wspinac sie w gore wzdluz rzeki Mendoza. Okolica przypominala nieco kolorowe gory Quebrada de Humahuaca.
Ruch byl nieco mniejszy niz sie spodziewalismy, pojawilo sie nawet miniaturowe ( ale zawsze ! ) pobocze. A ze wiatr nam sprzyjal, 75 km i 1200 metrow w gore do Punte del Inca pokonalismy w 6 godzin.
Punte del Inca jest jedna z wiekszych atrakcji turystycznych w tej okolicy - jest to uformowany miliony lat temu naturalny most nad rzeka. Naturalnie wiec zaraz przy nim uformowaly sie dziesiatki straganikow sprzedajacych pamiatki...



Poniedzialek, 9 lutego
Punte del Inca - punkt widokowy na Aconcague - Punte del inca

Padajacy rano deszcz nieco opoznil nasz wyjazd, ale nie bylo sensu spieszyc sie na punkt widokowy jesli Aconcague mialy zaslaniac chmury.
Najwyzsza gora poza Himalajami odslonila sie akurat w momencie, gdy dotarlismy do punktu widokowego.



Musze przyznac, ze bylismy nieco rozczarowani.
Moze i jest to najwyzszy szczyt Andow, ale w niczym nie dorownuje dramatyzmowi Torres del Paine czy Fitz Roya. Wrazenia zapewne sa inne, gdy wchodzi sie na jej szczyt, co jest dosc proste ( technicznie Aconcagua jest latwym szczytem ) ale czasochlonne ( na ogol trzeba przeznaczyc na to 14 dni ) i kosztowne.
Nie wiemy ile dokladnie kosztuje wejsciena szczyt, ale skoro kilkunastominutowy spacer na punkt widokowy wynosi 5 peso a 3-godzinny trek do Confluencii az 60, to musi to byc sporo.
Gdy wrocilismy do rowerow pozostawionych przy budynku straznikow Parku Narodowego w dolinie, ktora mielismy dalej jechac zakotlowaly sie chmury, tu i owdzie zablyslo i woda polala sie w dol.
Mielismy czas, wiec zjechalismy z powrotem do Punte del Inca liczac, ze nastepnego dnia bedzie lepiej.

 

komentarze (1) | dodaj komentarz

 12  »

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 19 marca 2010

Licznik odwiedzin: 50834

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Blog ten to kontynuacja moich dwoch poprzednich : Wycieczka rowerowa prawie dookola swiata http://rooower.bloog.pl Z rowerami prawie dookola swiata http://rooower2.bloog.pl Na obu wyczerpalem lim...

więcej...

Blog ten to kontynuacja moich dwoch poprzednich : Wycieczka rowerowa prawie dookola swiata http://rooower.bloog.pl Z rowerami prawie dookola swiata http://rooower2.bloog.pl Na obu wyczerpalem limit dostepnego mi miejsca, aby kontynuowac musialem wiec zalozyc kolejnego bloga, tym razem na brata...

schowaj...

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 18.10.2009 16:49:15
  • autor: Hard core
  • treść: Miło jest patrzeć ja...