Sobota, 27 grudnia
camping - Villa Cerro Castillo 60 km
Wyruszylismy krotko po dziewiatej. O dwunastej mielismy przejechane 12 km i trzesac sie z zimna, przemoczeni siedzielismy w komorce prysznicowej na tylach opuszczonego hotelu.
Bylo to jedyne dajace schronienie miejsce na niekonczacej sie pampie. Szalejacy wiatr przygnal szalejacy deszcz i ten duet nie odstepowal nas od rana. Spadajace krople byly zimne i uderzaly mocno - czulismy sie jakby nasze twarze nakluwane byly tysiacami malych, ostrych szpileczek.
Gdy deszcz zelzal ruszylismy dalej, ale postep byl powolny, 7 - 8 kilometrow na godzine, jak dobrze szlo. na asfalcie latwiej niz na szutrze panowac nad rowerem przy gwaltownych podmuchach a i tak kilkakrotnie bylismy spychani z drogi.
Na argentynskim przejsciu granicznym poczestowano nas dobra, goraca kawa, pozwolono tez uzyc mikrofalowki. Zrobilismy sobie prymitywne hot-dogi z ostatniej paczki parowek. Do Chile i tak nie moglbym jej wwiezc ( produkty miesne, mleczne, warzywa i owoce zakazane ). Moglismy tez pograc w ping-ponga i obejrzec E.T., ale podziekowalismy.
To przejscie graniczne otwarte jest caly rok, ale tak naprawde tylko od grudnia do marca korzystaja z niego turysci. W pozostale, zimne i wietrzne miesiace tylko meska ekipa nudzi sie niezmiernie. Nie pytalismy jak radza sobie z brakiem damskiego towarzystwa...
Po chilijskiej stronie, zanim podalem urzednikowi paszport wskazalem strone i miejsce gdzie chcialem aby wbil mi pieczatke ( praktycznie nie mamy juz wolnego miejsca ). Aby sie nie pomylic, urzednik przybil ja od razu. Potem przejrzal paszport, wstukal dane do komputera, a gdy skonczyl, zanim zdazylem wydac z siebie glosne NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEE !, odruchowo i z przyzwyczajenia wbil mi ja jeszcze raz, na innej stronie...
Bylismy wiec w Villa Cerro Castillo. W Ameryce Poludniowej ludzie maja wyjatkowy brak wyobrazni jesli chodzi o nazewnictwo. W prawie kazdym miescie plac w centrum miasta to Plaza de Armas, glowna ulica to Avenida San Martin, kazda wieksza rzeka to Rio Grande, laguny sa na ogol VERDE.
Namioty rozbilismy we wiosce, przy przystanku autobusowym, niedaleko publicznej toalety - w miare czystej i tylko przez nas uzywanej. Czyli jak na wiekszosci chiliskich kempingow, tylko ze za darmo.
Jako ze byla to ostatnia miescina przed wjazdem do parku narodowego postanowilismy uzupelnic zapasy zywnosci. W jedynym sklepie kupilem bulki, ostatnia puszke z ryba, jajka, platki. Gdybym kupil cos jeszcze wlascicielka moglaby go zamknac - nic wiecej nie bylo...
Brak komentarzy.
sobota, 21 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 45976
| « listopad » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | ||||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Blog ten to kontynuacja moich dwoch poprzednich : Wycieczka rowerowa prawie dookola swiata http://rooower.bloog.pl Z rowerami prawie dookola swiata http://rooower2.bloog.pl Na obu wyczerpalem lim...
więcej...Blog ten to kontynuacja moich dwoch poprzednich : Wycieczka rowerowa prawie dookola swiata http://rooower.bloog.pl Z rowerami prawie dookola swiata http://rooower2.bloog.pl Na obu wyczerpalem limit dostepnego mi miejsca, aby kontynuowac musialem wiec zalozyc kolejnego bloga, tym razem na brata...
schowaj...